wtorek, 19 maja 2015

Warszawa jest klawa - czyli Noc Muzeów

Kolejny rok, kolejna wspaniała, długo wyczekiwana noc.
Noc muzeów to świetna inicjatywa - wtedy to otwierają swe podwoje muzea, różne placówki użyteczności publicznej i zawsze przygotowują ciekawy program, coś wyjątkowego, zaskakującego.
Nie mogę zgodzić się z osobami twierdzącymi, że tego dnia pozostają w domu bo "wszędzie" są kolejki. Otóż w programie imprezy można znaleźć wiele miejsc, do których można wejść bez problemu, posłuchać muzyki, czy wysłuchać koncertu po prostu przechodząc ulicą, obejrzeć mapping na budynkach, wziąć udział w konkursach itp. Trzeba tylko przed wyjściem, jeszcze w domu, przygotować dobry plan i... ruszyć w miasto!
My powtórzyliśmy nieco naszą trasę sprzed lat ze względu na możliwość szybkiego przemieszczania się i możliwość parkowania. A wierzcie mi, tłumy ludzi kręcą się po mieście i bardzo to spowalnia jazdę samochodem. Autobusy-ogórki i inne zabytkowe cudeńka transportowe też są oblegane.
Bardzo podoba mi się, że w tę noc ludziska nie idą, a biegają. Całe grupki osób szybkim truchtem pokonują dystanse między atrakcjami, żeby zobaczyć ich  jak najwięcej :) Cieszy widok tłumów o północy, co jest w naszym kraju rzadkością!
Pogoda tym razem dopisała, więc tylko się cieszyć!
Wędrówkę po atrakcyjnych miejscach Warszawy rozpoczęliśmy od Wilanowa. 




Nie stanęliśmy w kolejce do Pałacu, pomimo że oferowano tam wyjątkowe wystawy. Na dziedzińcu wzięliśmy udział w pokazie gotowania w/g książki "Kucharz doskonały". 



Pokazano nam przyprawy i warzywa używane w XVIII w. 



Podstawą były - topinambur, czarna marchew, pomarańczowa marchew, skorzonera,jarmuż, nieco ziemniaków i wszechobecne jajka.
Pokaz zakończył  poczęstunek - była to sałatka z ogórka smażonego w occie, jajecznicy podobnej do omleta, owoców, "pustego" piernika i wszytko to posypano amarantusem. Coś na pewno pominęłam:)

Zaraz potem pobiegliśmy do Oranżerii na pokaz mody z okresu Księstwa Warszawskiego. Debiutantki z programu edukacyjno-charytatywnego zaprezentowały wiele zjawiskowych sukien uszytych przez adeptów Wyższej Szkoły Artystycznej. Można się było poczuć jak w bajce:)










Na koniec pobytu w Wilanowie obejrzeliśmy kolekcję uzbrojenia wystawioną na Dziedzińcu.



Teraz pędem do Łazienek! W cudownej scenerii Amfiteatru, na scenie zbudowanej na stawie wystąpili A.Strug i W.Waglewski. Zjawiskowo i klimatycznie!



Ścieżkami oświetlonymi nastrojowymi lampkami podążyliśmy do Pałacyku Myśliwskiego na wyjątkową wystawę poświęconą koniom pracującym w zaprzęgach i ich dużej roli w Warszawie, aż do prawie całkowitego ich wyginięcia w czasie II wojny św. Niezmiernie ciekawa wystawa, niestety nie sfotografowana przeze mnie z powodu zakazu fotografowania.
Przy wyjściu czekała nas niespodzianka - pokaz sygnałów myśliwskich.



W Powozowni podziwialiśmy zaprzęgi i uprzęże. Przy okazji można pomarzyć o podróżach tymi eleganckimi powozami :)





Po krótkim, romantycznym spacerze w blasku świec po łazienkowskich alejkach podążyliśmy do centrum, do Teatru Narodowego. W przepięknych Salach Redutowych zorganizowano  wyjątkowo ciekawą dla mnie wystawę "Świat gwiazd i mody przedwojennej". Obejrzeliśmy zdjęcia aktorek i aktorów przedwojennych, prawdziwych piękności! 




Zdjęcia reklamowe z tamtych lat, teraz wydają się nieco śmieszne.
Podziwialiśmy też stroje teatralne, umieszczone w gablotach.



O północy, w tej samej sali, udało nam się obejrzeć koncert w klimacie przedwojennym "Włada - to nie wypada". Znani aktorzy z Towarzystwa Teatralnego "Pod Górkę" -S.Górka, M.Świtaj i W.Machnicki rozbawiali nas scenkami i piosenkami przedwojennymi. Świetna zabawa!



Jeszcze tylko spacer po Krakowskim Przedmieściu, gdzie na tle Pałacu Prezydenckiego, na telebimach wyświetlany był  film "Muzeum Utracone". 



Wszędzie spotykaliśmy grupki osób chcących zwiedzić "coś jeszcze". W domu byliśmy przed godziną 2, z ogromnym bólem nóg, ale baaardzo zadowoleni. I z dużym niedosytem! Tyle nas ominęło:)

Muzealna fiesta zakończona. Szkoda, że nie jest organizowana częściej. Tak ogromny pęd do poznawania nowych miejsc ogromnie cieszy.
Już czekamy na kolejną taką szaloną noc !



piątek, 1 maja 2015

Sisters

"Sisters" to nazwa mojego nowego albumiku w stylu retro.
Wygląda na to, że skoro w ostatnim poście porządkowałam koronki, to teraz wiem, gdzie co jest i zaczęłam je używać. Ale nie, było akurat na odwrót:) Album zrobiłam dawno temu, tylko z publikacją ociągałam się bez końca.
Pewnego piątku robiłyśmy z koleżankami noteso-albumy, każda w swoim stylu. Ja wybrałam starą książkę. A właściwie dwie. Wykorzystałam okładkę, która sama odpadła i to ona była inspiracją do tego, jak ma wyglądać album. Natomiast na środek  użyłam latające kartki "po niemiecku" ze zniszczonej książki. 
W okładkę wbiłam nity i zamontowałam w nich kółka. Bardzo mi się podoba to rozwiązanie. Otwiera ono mnóstwo możliwości na rozwiązania w środku. Ja akurat wybrałam ulubiony niemiecki druk. Posklejałam po kilka kartek razem i w ich środki powklejałam koronki. Najróżniejsze. Moim celem było, żeby każda kartka była inna. W ten sposób uczę się nowych trików. Co by tu nowego zrobić?
Tematem pracy są siostry. Pewnego razu naszło mnie na przemyślenia, że w mojej rodzinie było więcej dziewczynek niż chłopców. Moja babcia miała siostrę. Babcia ze strony taty - kilka sióstr.
Mama miała jedną siostrę, tata kilka sióstr. Mnie los również obdarzył siostrą. Moja siostra ma również dwie córeczki.
Ha, ha.... na usta ciśnie się pytanie - skąd u mnie dwóch synów:)))))
Także wyjątkowo nie będzie w tym albumie zdjęć moich dzieci:)
Ale to nic, trzeba się cieszyć, że jestem w posiadaniu zdjęć babci z dzieciństwa, czyli z roku 1917.





Miałam wielką" zagwozdkę", które zdjęcie umieścić na okładce. W końcu nakleiłam fotkę zakupioną na targu staroci, nieznanych mi sióstr. W ten sposób nikt z rodziny nie został poszkodowany, a zamieszczone zdjęcie jest naprawdę ładne. Przyciągają wzrok szczegóły ubioru i uczesania.



Uwielbiam na okładkach metalowe narożniki i inne ozdoby. Wprowadzają dostojność i elegancję.



Na pomalowanej gesso okładce nakleiłam koronki i serwetkę ręcznie robioną. Zrobiło się bardzo romantycznie.


Pierwsza, zapraszająca strona. Mała koperta, pióro, liściki i odpowiednie napisy.


Maszyna do pisania z wykrojnika. Obok strona przerwana na pół, żeby było jeszcze bardziej "staro". W postarzaniu bardzo pomógł mi tusz. Znakomicie postarzają też esencja herbaty i kawa wylane na kartki:) Koronki też moczyły się w herbacie, by stracić blask nowości:)

 Stanisława i Zofia - rok 1917.



Babcia Andzia z jedną z sióstr - Elżbietą. Kapelusze, kołnierz z lisa. Ach ta przedwojenna elegancja!
Układając kartki książki postanowiłam niektóre ryciny dopasować do zdjęć. Na stronie obok sióstr zamieściłam wizerunek dwóch kobiet.

 Trzy siostry:) Rok 1938.


Babcia Stasia z siostrą Zofią - ok. 1931r.


 Janka i Jagoda - 1944 rok, Warszawa.


Zdjęcie zrobione jest przy rogu domu ok. 1975r. Na stronie obok zamieściłam więc pasujący odpowiednik.


 Znów rok 1944. Znalazłam lniany kwiat pasujący do serwety na zdjęciu.


Z boku nity, przewleczony przez nie łańcuszek i zawieszki - kluczyk, zegar, parasolka, diament:)



Na końcu albumiku ozdobiłam kilka pustych stron czekających dopiero na zdjęcia. Na spotkaniach rodzinnych wypytuję krewnych o zdjęcia z przeszłości i zamierzam uzupełnić albumik.





Nie chcę Was zamęczać, ale zdjęć jest o wiele więcej. Wiele frajdy sprawiła mi ta zabawa.Mogę w każdej chwili zrobić kolejny taki albumik .Uwielbiam to!

A co u mnie? Siedzę w domu wściekła, że jest tak zimno i deszczowo i  plany piknikowe nam nie wyszły. Gdzie te lata, kiedy było ZA GORĄCO, żeby grilować?!!
Całusy i życzenia lepszej pogody

Wasza




sobota, 18 kwietnia 2015

Porządki w koronkach


Raz na pół roku, po kontrolnej wizycie u lekarza specjalisty odwiedzamy pobliską, dużą hurtownię pasmanteryjną. O ileż mniej stresująca wydaje się taka wizyta lekarska, kiedy mam w perspektywie szaleństwo zakupowe w ulubionej hurtowni:))
Jak dziecko!:)) Z niektórych rzeczy, jak widać, nie wyrastamy, nagroda po wyjściu od lekarza musi być:))
Zanim jednak nastąpi ten magiczny dzień, postanowiłam zrobić porządki z koronkami, które już posiadam. Od dawna nosiłam się z zamiarem ozdobienia skrzynek po mandarynkach i wykorzystania ich do przechowywania przydasi. Pomalowałam skrzynkę szarą farbą, przetarłam co nieco i nałożyłam po bokach transfery. Bardzo lubię taki styl i skrzynka jest teraz wspaniałą przechowalnią.
Następnie ozdobiłam kartoniki, na które nawijane są koronki. Ręka mnie boli od odwijania i zawijania koronek, ale co tam! Ważne, że teraz skrzynka ze skarbami, które stoją na odkrytej półce są jej prawdziwą ozdobą:)

Na podłużne kartoniki nakleiłam stare nuty. Bardzo mi pasuje to koronkowo-nutowe zestawienie.




Na przodzie dokleiłam tabliczkę obwieszczającą, co znajduje się w skrzynce:)















Spód skrzynki również wyłożyłam starymi nutami.

Dziękuję serdecznie za miłe komentarze. Warto pisać, gdy wiadomo, że "ktoś"czyta:)

Wasza


czwartek, 2 kwietnia 2015

Pogodnych Świąt Wielkanocnych

Po ostatnich wybrykach pogodowych pozostaje mi życzyć Wam i sobie, właśnie pogodnych świąt!
Tęskno mi do świątecznych spacerów w słońcu, wycieczek rowerowych i wszelakich turystycznych eskapad. Wszystko, tylko nie siedzenie za stołem:) Jednak, gdy pogoda nie pozwala na piknik, trzeba wyciągnąć rodzinne gry planszowe i stare filmy:) Cieszę się, że wróciła moda na gry planszowe i można tym odciągnąć młodzież od komputera:)

Wobec powyższego życzę Wam, Kochane moje -

Dużo ciepła rodzinnego podczas świątecznych spotkań.
Wyrośniętych bab wielkanocnych, smacznej święconki, dyngusa mokrego i humoru dobrego.

Oby po dniach wypoczynku wróciła nam wena i rączki były pełne rozmaitych zajęć:)

Tymczasem skleciłam troszkę nietypową dekorację świąteczną.
Pomysł znalazłam w necie:)
Kupiłam starą filiżankę na targu staroci. Pojedynczą, bez spodeczka.
W środek wkleiłam starą serwetkę, uwiłam gniazdko i "zniosłam jajka". Do tego kilka scrapkowych dodatków i wiosenno-wielkanocna dekoracja gotowa.






Nie lubię zbyt kwiecistych filiżanek, więc wyszukałam spokojnie niebieską, pasującą do reszty moich dekoracji.












Filiżanka wisi w salonie pod świecznikiem i zdobi:)





Pięknie i na  czas zakwitły hiacynty, które kupiłam w postarzanym wiaderku i z lawendową wstążeczką. Zrobione jak dla mnie:)




  W tym roku jajko-bombki powiesiłam na gałązkach forsycji, a nie brzozy. Tyż piknie.




Nie chciałam sobie i Wam psuć humoru, ale muszę się przyznać, że po raz pierwszy w życiu nie wysłałam kartek świątecznych. Dlaczego? Ano dlatego, że nadal jestem z Pocztą na ścieżce wojennej. Od roku paczki zamawiam wyłącznie przez firmy kurierskie. Nie mam już zaufania do terminowości Poczty. Wiele spraw zawaliłam przez ich tragiczne opóźnienia.
Ale w tym roku sprawy mają się jeszcze gorzej. Listonosz zaszczycił nas obecnością 3 razy...w miesiącu. Priorytet idzie do nas ...2 tygodnie. Po listy polecone mąż dziś sam pojechał na pocztę, bo nikt nie raczył ich przynieść. Pozostałe listy i  kartki są nie wiadomo gdzie! Nikt nie potrafił ich znaleźć!
Dlaczego wobec powyższego mam jeszcze dofinansowywać te żałosną instytucję kupując u nich znaczki???
Na Boże Narodzenie życzenia od nas "szły" 9 dni!!! Ja, jak już pisałam dostałam wszystkie hurtem dopiero w Sylwestra.
Przepraszam Was dziewczyny, ale wobec powyższego na te Święta życzeń ode mnie nie dostaniecie. Bardzo mi przykro.
Oczywiście piszemy maile do "wyższych instancji", jak widać bez rezultatów.
Kpina pogania kpinę, czujemy się jak mieszkańcy Trzeciego Świata (albo gorzej).

Przepraszam, że tak nieświątecznie, ale musiałam się wytłumaczyć.

Udanego dyngusa i słodkiego obżarstwa

Wasza






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...